Czy glosariusz naprawdę zapewnia spójność tłumaczenia? O kilku mitach z projektów branży tłumaczeniowej

Data ostatniej modyfikacji: 22 lipca 2026

Każdy, kto choć raz potrzebował tłumaczenia bardzo dużej ilości tekstu w bardzo krótkim czasie, spotkał się z ofertami biur tłumaczeń, które brzmiały mniej więcej tak:

„Dzięki glosariuszom zapewniamy spójność terminologiczną nawet w projektach realizowanych przez wielu tłumaczy.”

To brzmi logicznie. Ale czy rzeczywiście glosariusz jest aż tak skutecznym narzędziem? A może jego rola bywa przeceniana?

W tym artykule przyglądam się kilku założeniom, które często pojawiają się przy okazji projektów realizowanych przez kilku, a czasem nawet kilkunastu tłumaczy. Z perspektywy klienta te założenia brzmią przekonująco, jednak praktyka pokazuje, że rzeczywistość bywa bardziej złożona, a sam fakt, że każdy tłumacz otrzymuje glosariusz niewiele mówi o jakości przyszłego tłumaczenia.

Czym właściwie jest glosariusz?

Zanim przejdziemy dalej, ustalmy czym właściwie jest bohater artykułu. Czyli czym jest glosariusz w projekcie tłumaczeniowym?

Najprościej mówiąc, jest to lista uzgodnionych odpowiedników terminów, które mają być stosowane w całym projekcie. Mogą się w niej znaleźć nazwy podzespołów, funkcji, komunikatów wyświetlanych na ekranach, elementów bezpieczeństwa czy terminologia przyjęta przez producenta.

Taki dokument pomaga wszystkim uczestnikom projektu podejmować podobne decyzje terminologiczne. Jest szczególnie przydatny wtedy, gdy nad tłumaczeniem pracuje więcej niż jedna osoba albo projekt trwa przez wiele miesięcy.

Sam pomysł jest więc bardzo dobry. Pytanie brzmi raczej, jak wiele można dzięki niemu osiągnąć.

Przypadek z życia firmy: kilkaset stron dokumentacji nowoczesnej linii przemysłowej. Tłumaczenie potrzebne za tydzień.

Raz na jakiś czas niemal w każdej firmie działającej międzynarodowo pojawia się potrzeba realizacji tłumaczenia, którego nie da się wykonać w wymaganym terminie bez podziału pracy pomiędzy kilku tłumaczy. To najczęściej projekty obejmujące bardzo duże ilości tekstów, które należy przetłumaczyć w bardzo krótkim czasie. Tak krótkim, że jedna osoba nie jest w stanie tego zrobić. Naturalnym rozwiązaniem jest w takich sytuacjach wybór jednego z możliwych modeli realizacji wielojęzycznych projektów i zwrócenie się do biura tłumaczeń. Pośrednik przejmuje na siebie organizację zadań: podział tekstów na części oraz znalezienie odpowiedniej liczby tłumaczy, którym przydziela poszczególne fragmenty.

Jeżeli do projektu opracowano glosariusz, założenie jest takie, że każdy z tłumaczy go otrzymuje. W teorii wszystko wygląda więc bardzo dobrze. Wszyscy pracują na tej samej terminologii, zatem gotowe tłumaczenie powinno być spójne, słownictwo stosowane konsekwentnie, a gotowy dokument ma brzmieć tak, jakby tłumaczyła go jedna osoba. Praktyka pokazuje jednak kilka problemów, o których właściwie się nie mówi.

Jeżeli wszyscy tłumacze mieli ten sam glosariusz, to dlaczego projekt i tak się rozjechał?

Czy glosariusz rzeczywiście gwarantuje jakość tłumaczenia?

Glosariusz pomaga. Eliminuje ryzyko, że różne osoby podejmą różne decyzje w sprawie nazwania tego samego elementu. Na przykład nazwy maszyny, jej podzespołów lub operacji cyklu.

Niemniej jednak glosariusz, choć jest narzędziem przydatnym, nie jest narzędziem magicznym. Nie podejmuje decyzji za tłumacza, nie rozwiązuje wszystkich problemów językowych i, last but not least, nie eliminuje różnic w warsztacie zawodowym. Czyli, po prostu, nie sprawi, że osoba bez doświadczenia w tłumaczeniu dokumentacji technicznej przetłumaczy ją równie dobrze, jak osoba tłumacząca dokumentację od kilkunastu lat.

Już tylko to pokazuje, że glosariusz nie jest tak mocnym argumentem, jak się go przedstawia. A im więcej czasu upływa, tym ten fakt staje się coraz bardziej widoczny.

Nie oznacza to oczywiście, że z glosariuszy należy zrezygnować. Wręcz przeciwnie. W projektach dzielonych na wielu tłumaczy są one niezbędne. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy zaczyna się oczekiwać od nich czegoś, czego nie są w stanie zapewnić.

Co dzieje się z glosariuszem, gdy projekt trwa miesiącami (a czasem nawet latami)?

Przede wszystkim, jeżeli projekt trwa wiele miesięcy, a nawet lat, i jest realizowany przez zewnętrznych specjalistów, skład zespołu roboczego nieuchronnie zmienia się z czasem. Im dłużej trwa projekt, tym więcej osób z ekipy bazowej go opuszcza i tym więcej nowych osób do niego wchodzi.

Często zmieniają się również ustalenia, czasem glosariusz się po prostu dezaktualizuje. A z mojego doświadczenia wynika, że o jego aktualizacji naprawdę bardzo rzadko ktoś myśli.

Wielu uczestników, jedna zasada. Czy na pewno?

Istnieje jeszcze jeden aspekt, stanowiący branżową tajemnicę poliszynela. Klient często zakłada, że wszyscy uczestnicy projektu pracują według tych samych zasad. Jednak prawda jest taka, że nie zawsze tak jest. Zdarza się, że niektórzy glosariusza nie otrzymują w ogóle. Inni o nim zapominają lub nie korzystają z niego konsekwentnie. Im dłużej trwa projekt, tym takich przypadków jest więcej.

Na przestrzeni lat wielokrotnie dołączałam na jakimś etapie do dzielonych projektów realizowanych dla producentów sprzętu budowlanego, rolniczego czy z branży przetwórstwa tworzyw sztucznych. To marki obecne na polskim rynku od dawna i opracowujące dokumentację do swoich maszyn w wielu językach. I na palcach jednej ręki mogłabym wymienić przypadki, kiedy otrzymałam glosariusz od razu, jeszcze przed realizacją pierwszego tłumaczenia. W pozostałych sytuacjach musiałam się o niego upomnieć, przy czym nie zawsze go otrzymywałam. To pokazuje, że nawet najlepsze założenia organizacyjne z czasem po prostu przegrywają ze zmiennym składem zespołu realizującego projekt.

Im więcej pozycji w glosariuszu, tym lepsze tłumaczenie?

Moim zdaniem nie. Rzekłabym nawet, że zbyt rozbudowany glosariusz może przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Trudno powiedzieć gdzie przebiega granica, po przekroczeniu której glosariusz jest zbyt duży. Każdy projekt rządzi się swoimi prawami. Jednak jeżeli jest on opracowywany bez większej refleksji, z nastawieniem „im więcej tym lepiej”, ryzykuje się moment, gdy zaczyna obejmować zbyt dużo, zbyt wiele obowiązkowych odpowiedników.

I w pewnym momencie, zamiast trzymać projekt w ryzach, zaczyna go usztywniać.

Problemem nie jest liczba wpisów sama w sobie lecz sytuacja, gdy do glosariusza zaczynają trafiać terminy, których nie da się jednoznacznie przypisać do jednego odpowiednika.

Nie każdy termin powinien trafić do glosariusza

Glosariusz bardzo dobrze sprawdza się w przypadku nazw, które powinny pozostać niezmienne w całym projekcie: nazw maszyn, podzespołów, stacji roboczych, etapów cyklu czy komunikatów wyświetlanych na ekranach. To elementy charakterystyczne dla konkretnej maszyny i właśnie one wymagają konsekwencji.

Prostym przykładem jest np. włoska maszyna o nazwie saldatrice. Choć to właściwie podstawowy termin, który można znaleźć w każdym słowniku, warto zapisać w glosariuszu, że maszyna to spawarka a nie zgrzewarka (albo odwrotnie). W projektach realizowanych przez wielu tłumaczy nie każdy otrzymuje cały dokument ani pełny kontekst, a samo włoskie określenie saldatrice nie zawsze pozwala jednoznacznie rozstrzygnąć o jaki typ maszyny chodzi. Jeżeli nie ustalimy tego w glosariuszu, część dokumentacji może zawierać nazwę spawarka, a część zgrzewarka. A przecież w całej dokumentacji chodzi o tę samą maszynę. Raz podjęta decyzja terminologiczna powinna więc obowiązywać do końca projektu.

Inaczej wygląda sytuacja w przypadku terminów, które nie odnoszą się do jednego, konkretnego elementu maszyny, lecz do ogólnego języka technicznego. W takich przypadkach nie da się raz na zawsze przypisać jednego poprawnego tłumaczenia.

W wielu przypadkach określenie w języku obcym nie ma jednego polskiego odpowiednika. Jego znaczenie wynika z kontekstu i dopiero po zrozumieniu opisywanego elementu można zdecydować, które tłumaczenie będzie właściwe.

Przykładem może być włoskie słowo giunto. W zależności od pełnionej funkcji, może oznaczać złącze, sprzęgło, przegub… Jeżeli glosariusz narzuci wyłącznie jedną z tych wersji, tłumacz stanie przed wyborem: zastosować rozwiązanie zgodne z glosariuszem czy rozwiązanie zgodne z rzeczywistym znaczeniem tekstu. Przy czym nie zawsze jest to wybór oczywisty.

Glosariusz dobrze porządkuje decyzje, które można podjąć raz. Nie zastąpi decyzji, które trzeba podejmować za każdym razem na podstawie kontekstu.

I właśnie w tym miejscu kończą się możliwości glosariusza. Bo dobry glosariusz nie odpowiada na wszystkie pytania. Odpowiada tylko na te, na które rzeczywiście można udzielić jednej poprawnej odpowiedzi. Tam, gdzie znaczenie słowa zależy od kontekstu, wpis w glosariuszu nie zastąpi wiedzy tłumacza ani analizy tekstu.

Dla klienta oznacza to, że nawet bardzo rozbudowany glosariusz nie daje gwarancji, że tłumaczenie wykonane przez wiele osób będzie spójne i konsekwentne, a gotowy tekst poprawny. W pewnym momencie ważniejszy od liczby wpisów staje się człowiek, który potrafi ocenić znaczenie terminu w konkretnym tekście.

Co naprawdę powinno znaleźć się w glosariuszu?

Z perspektywy ponad 20 lat tłumaczenia dokumentacji technicznej myślę, że mogę śmiało wygłosić tutaj tezę dość odważną i nieprzystającą do utrwalonych branżowych standardów:

Glosariusz powinien zawierać ustalenia projektowe, a nie zastępować decyzji translatorskich.

Bo:

  • nazwa stacji roboczej jest decyzją projektową;
  • nazwa operacji jest decyzją projektową;
  • nazwa konkretnej maszyny jest decyzją projektową.

Natomiast to, czy giunto w danym zdaniu oznacza przegub, sprzęgło czy złącze, nie jest decyzją projektową. To właśnie jest decyzja translatorska wynikająca z kontekstu.

W dobrze przygotowanym glosariuszu liczba wpisów nie jest celem sama w sobie. Celem jest wyeliminowanie tych wątpliwości, które rzeczywiście można rozstrzygnąć raz i konsekwentnie stosować w całym projekcie. Wszystkie pozostałe decyzje powinny pozostać po stronie tłumacza, ponieważ tylko on widzi pełny kontekst konkretnego zdania. I ostatecznie to on odpowiada za to, aby klient otrzymał dokument, który prawidłowo oddaje znaczenie oryginału i nadaje się do wykorzystania w praktyce. Nie tekst powstały przez konsekwentne stosowanie zawsze tych samych odpowiedników.


Krystyna Maternia, tłumaczka techniczna języków włoskiego, angielskiego i polskiego oraz konsultantka ds. komunikacji w międzynarodowych projektach przemysłowych

Krystyna Maternia – tłumaczka techniczna języków włoskiego, angielskiego i polskiego oraz konsultantka ds. komunikacji w międzynarodowych projektach przemysłowych.

Od ponad 20 lat działa na styku producenta, dokumentacji i użytkownika końcowego w projektach realizowanych pomiędzy Polską a Włochami.

Specjalizuje się w tłumaczeniu instrukcji obsługi, dokumentacji technicznej, interfejsów HMI oraz materiałów szkoleniowych. Współpracuje przy instalacjach, uruchomieniach i szkoleniach z obsługi maszyn. Odpowiada za skuteczny transfer wiedzy na halach produkcyjnych.

Więcej podobnych treści